Zostałam mamą po raz drugi… miłość i rozterki

Kiedy Adaś był jeszcze w maminym brzuchu, a termin porodu zbliżał się wielkimi krokami, czułam szczęście, podekscytowanie i strach… Bo niby wszystko zaplanowane. Piotrek, starszy synuś, dalej ma uczęszczać do żłobka, mąż ma go zawozić i odbierać tak często jak będzie to możliwe, a ja mam spędzać czas z naszym drugim szczęściem w domu. Jakie to proste, phi!!!Taaaa, tylko, że jakoś ani ja, ani mąż nie pomyśleliśmy o tym, że może moja psychika nie od razu tak łatwo poradzi sobie z nowa sytuacją. Może nie przewidzieliśmy, ponieważ przy pierwszym synku wszystko było dobrze? Być może.

Cesarskie cięcie miałam umówione na 09.06.2014 (nie było moje „widzimisię”, a wskazania lekarskie, zresztą po raz drugi). Adaś, mając nieco inne plany, postanowił 06.06.2014 „zapukać” do mojego brzuszka z prośbą „open the door” :). I tak niby spodziewanie, ale nie do końca, zostawiłam starszego synusia pod opieką mojej kochanej cioci w naszym mieszkaniu i pojechaliśmy z mężem do szpitala. Ufff, jakie szczęście, ponieważ Paweł zdążył właśnie wrócić z dwudniowego szkolenia służbowego. Był w domu pół godziny, a Adasiowi akurat wtedy zachciało się wychodzić na drugą stronę brzucha 😛

Młodszy synuś pojawił się na świecie  o godzinie 22:15. Kiedy został umyty i ubrany, przyłożono mi go do twarzy policzkiem (po cc niestety nie dostaje się dziecka na ręce z prostej przyczyny – leżysz pod znieczuleniem i nie możesz się ruszyć :)), zaczęłam płakać ze szczęścia i się zaczęło…

„Boże, jaki on podobny do Piotrusia! Został nawet ubrany w te same ubranka, w które Piotrek po urodzeniu! Nawet tyle samo ważył! Jaki on piękny! Taki sam jak Piotruś!” I tak w kółko… Piotruś, Piotruś. Tylko, że to był Adaś.

Zakochałam się od pierwszego wejrzenia, tak samo jak za pierwszym razem, ale nie zmienia to faktu, że bardzo przeżywałam rozstanie z Piotruniem i bardzo płakałam. Wszyscy mówili, że Piotrek nie tęskni, że nie płacze, a ja i tak wiedziałam, że to nieprawda. Czułam, że jest inaczej i za żadne skarby nie potrafiłam sobie wytłumaczyć, że przecież zaraz wrócę do domu, że będzie wszystko dobrze, że kocham synka całym sercem. Baaa, ja sobie wmawiałam, że jestem złą matką 🙁

Jakie to dziwne uczucie. Ciężko je opisać. Było tak: Gdy spędzałam dzień z Adasiem (kiedy Piotruś był w żłobku) miałam ogromny żal do siebie, że nie ma tu z nami starszego synka. Natomiast gdy Piotrek wracał do domu i to jemu poświęcałam głównie czas, sumienie mnie gryzło, że przecież powinnam biegać do domu z gołymi piersiami, bo w każdej chwili Adaś może chcieć jeść. Sytuacja patowa. I tak źle i tak niedobrze. No, zła, wyrodna matka i już.

Zaczęłam się zadręczać, że nie jestem stuprocentową kobietą, bo ani razu nie rodziłam naturalnie. Do tej pory ciężko mówić mi „urodziłam dwóch  synów”, mówię „gdy wyjęli mi Piotrusia, gdy wyjęli mi Adasia”. Widziałam, że moje nadprogramowe kilogramy nie spadały (a przecież karmienie piersią miało uczynić w tej kwestii cuda), przestałam się sobie podobać wizualnie. Zaniedbałam się… nie dbałam o uczesanie, o ubiór, który by do siebie pasował, o spiłowane paznokcie, o fryzurach i modnych strojach nie wspominając. Liczyło się tylko to czy Adaś się najadał oraz to, czy Piotruś nie czuje się zaniedbany. Nie radziłam sobie zbyt dobrze, a mąż tego nie dostrzegał. Mówił tylko „daj spokój”, „nie wymyślaj”, „nie przesadzaj”, „przejdzie ci”. Nie chce mówić źle o moim Pawle, absolutnie!, to wspaniały człowiek, świetny mąż i ojciec – dla niego to też był dość trudny okres. Pracował na dwa etaty, obowiązków miał więcej niż włosów na głowie, nie dziwię się, że nic nie dostrzegał.

Najgorsze było to, że z biegiem dni nie czułam ulgi. Nie czułam tego, że zaraz będzie lepiej, za chwilę wszystko się ułoży. Często płakałam bez powodu. Stałam w nocy nad Adasia łóżeczkiem i płakałam. Miałam do siebie żal, pretensje o to, że przecież tak go pragnęłam, pokochałam od pierwszego wejrzenia, a potrafię się na niego złościć, że „przez niego” zaniedbuję Piotrusia. I wtedy nastąpił przełom…

Adaś miał miesiąc. Leżał sobie spokojnie w bujaczku. Piotrek był w żłobku. Paweł na wyjeździe, ja przy garach 🙂 Gdy w Adasia bujaczku włączyła się melodia, która grała także w bujaczku gdy Piotruś był maleńki i sobie to przypomniałam… zaczęłam łkać, a następnie płakać na cały głos 🙁 O nie!!! Tego już za wiele! Dość! Jak tak można? Przecież to piękne, słodkie dzieciątko to także mój synuś! To moje kolejne największe szczęście! Moje! Bardzo chcieliśmy drugiego dziecka, a teraz co? Płaczę bo usłyszałam melodyjkę? Gratuluję, nie ma to jak racjonalne zachowanie matki dwójki dzieci…

Podeszłam do syneczka, wzięłam go na ręce, ucałowałam chyba sto razy, powiedziałam, że bardzo, bardzo go kocham oraz, że zawsze tak było i nigdy przenigdy się to nie zmieni.

Naprawdę poczułam się lepiej. Raptem umiałam sobie tak zorganizować czas by być z jednym i drugim synkiem i nie mieć wobec żadnego wyrzutów sumienia. Potrafiłam się naprawdę cieszyć z tego, że Adaś uwielbiał leżeć na brzuszku, że zaczynał „gugać”, uśmiechać się itp. Oraz z tego, że Piotrek wciąż mówił „kocham cię, mamusiu”. Pozostała tylko kwestia mojego wyglądu. Tutaj zmądrzałam trochę później. Adaś miał 7 miesięcy, gdy zaczęłam ćwiczyć i przeszłam na zdrową dietę. W 5,5 miesiąca zrzuciłam 17 kilo. Do dziś biegam, ćwiczę i zdrowo jem. Jestem szczęśliwa. Tak, jestem szczęśliwą mamą i żoną. Odżyłam na nowo. Dzięki temu, że wzięłam się za sport jestem silniejsza psychicznie, mam więcej wiary w siebie, wiem, że nie ma takiego problemu, z którym bym sobie nie poradziła. Taką siebie bardzo lubię. Jestem szczęśliwą matką dwójki cudownych dzieci.

Polecam każdemu 🙂

JotEm

komentarzy: 1

  1. Marta -  17 sierpnia 2015 - 11:53

    Z tymi pierwszymi momentami po narodzinach drugiego dziecka, też miałam to samo, tj. ciągle porównywałam młodszego synka ze starszą córcią, a nawet zwróciłam się do niego raz czy dwa imieniem córci. Myślałam, że to coś dziwnego, ale identycznie zachowywały się inne mamy na sali, które również rodziły po raz drugi.

    To minęło jak tylko wypisali nas ze szpitala i byliśmy już wszyscy razem we czwórkę… no może nie wszystko minęło, bo nawet znajomi widzą jak bardzo synuś przypomina córeczkę, więc porównania nadal się zdarzają, ale już nie tak często i nie odczuwam takiego deja vu jak podczas pobytu w szpitalu.

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie publikowany. Wymagane pola oznaczone są: *

 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.