Praca w domu – jak rzeczywiście wygląda

Ahh… życie jest tak piękne. Mam 2 wspaniałych dzieci, kochanego męża, duży dom z (nieco mniejszym) ogrodem i pracuję na swoim, co pozwala mi na sporo swobody. Mówi się, że mając własną firmę można pracować ile się chce i kiedy się chce. Podsumowując, niczego nie brakuje mi do szczęścia, bo spełniam się jako żona, mama i do tego pracująca…

… czyżby?

Mogłoby się wydawać, że mamy dosłownie wszystko. Czemu zatem nie mogę tego wszystkiego docenić?

Niezależnie od tego, co udało nam się osiągnąć, zawsze będzie coś, czego brakuje nam do szczęścia. Są rodziny, w których pojawiają się groźne, nieuleczalne choroby i w nich można byłoby oddać wszystko, byleby mieć zdrowe dziecko. Są rodziny, w których ze zdrowiem nie ma większych problemów, ale rodzice nie mogą się dogadać czy to przez różnice charakteru, czy ze względu na problemy finansowe – tam marzą jedynie o poprawnej atmosferze albo o znalezieniu pracy, byleby starczyło na podstawowe potrzeby. No i jesteśmy my – przeciętna, kompletna rodzinka, która – w oczach znajomych – wygląda na taką, która na nic nie może narzekać. Ale i u nas są problemy typowej rodziny.

Założyłam własną działalność krótko po zajściu w ciążę. Planowaliśmy ją już od dawna, ale nerwowa atmosfera w dawnej pracy sprawiła, że poddałam się i po prostu z niej zrezygnowałam – po kilku tygodniach zobaczyłam na teście 2 kreski. Z jednej strony była radość, że w końcu doczekamy się dziecka, a z drugiej obawa, czy damy radę finansowo po rezygnacji z dobrze płatnej pracy na etacie. Ostatecznie wyszło mi na dobre, bo jak tylko ruszyłam z firmą, miałam okres szybkiego rozwoju zarówno jeśli chodzi o moje umiejętności zawodowe, kontakty branżowe, jak i kwestie finansowe. Odpuściłam sobie dopiero w ostatnim okresie, kiedy naprawdę kiepsko się czułam i nie dawałam już rady pracować – wtedy chwilowo zastąpił mnie kolega.

W końcu urodziła się długo wyczekiwana Maja – narodziny pierwszego dziecka zawsze wiążą się z rewolucją w życiu, więc początki nie były łatwe. Po kilku miesiącach okazało się, że muszę wrócić do niektórych obowiązków zawodowych. Z jednej strony potrzebowałam tego, bo to była moja pasja, ale z drugiej strony, nie mogłam na długi czas wstrzymać swojej pracy, bo całkowicie wypadłabym z branży i już po roku nie miałabym do czego wracać. Zdarzała mi się więc praca późnym wieczorem, byleby tylko nadrobić zaległości. Wtedy też poczułam na własnej skórze, jak tak naprawdę wygląda praca „kiedy i ile się chce”, bo w praktyce oznaczało to częste zapierniczanie po godzinach – nikt nie mógł mnie zastąpić, bo ja w 100% byłam odpowiedzialna za swoje obowiązki. Na szczęście udało nam się znaleźć zaufaną opiekunkę i przez długi czas pracowałam z domu, siedząc w pokoju obok i przychodząc do Majki co 1,5 godziny na karmienie – to akurat ogromna zaleta własnej działalności, bo mogłam karmić piersią tyle czasu, ile córcia tego potrzebowała i to samo dotyczy w tej chwili Antka.

Przez długi okres było spokojnie w domu i w pracy. Jednak kiedy Majka miała prawie 2,5 roku, opiekunka z dnia na dzień wpadła w długotrwałe problemy zdrowotne, a ja nie mogłam zawalić terminów w pracy, bo już prawie miesiąc siedzieliśmy z mężem na zmianę w domu przy córci. Początkowo pracowałam wieczorami albo w ciągu dnia, kiedy zmieniał mnie mąż. Po miesiącu zapisaliśmy ją do prywatnego przedszkola, w którym dosłownie po 3 dniach zaczęła się pierwsza infekcja. Potem znowu poszła na 1 czy 2 dni do przedszkola i znowu pojawiła się infekcja, i tak w kółko przez pełne 4 miesiące, dlatego musiałam prawie całkowicie wstrzymać pracę w tym czasie. W końcu nastała wiosna i zaczął się okres stabilizacji – Maja dłużej zostawała w przedszkolu, była zdrowa, a ja wróciłam do normalnego trybu pracy… na 3 miesiące. Tym razem pojawiły się długotrwałe, poważne problemy zdrowotne u córeczki, przez które z dnia na dzień zrezygnowaliśmy z przedszkola. Szczęście w nieszczęściu, że kiedy u Majki było nieco lepiej, dawna opiekunka czuła się wystarczająco dobrze, aby wrócić do nas na rok, aż Maja pójdzie do przedszkola jako 4-latka. Znowu wróciliśmy więc do normalnego trybu pracy – w moim przypadku do czasu narodzin Antka. No, prawie… bo tak jak przy córeczce, tak i w jego przypadku miałam okres przymusowego leżenia w łóżku.

We wrześniu przyszedł czas na przedszkole – uff, pierwsze dni zapowiadały, że nie będzie najmniejszych problemów. Córeczka przychodziła z przedszkola uśmiechnięta, co chwilę śpiewała nowe piosenki i zaczęła wymyślać ciekawe zabawy, bawiąc się przy tym często sama, co wcześniej było rzadkością. Ten okres nie trwał długo. Pojawiły się u niej zupełnie nowe zachowania, które – jak się potem okazało – były kopią zachowań innych dzieci w przedszkolu. Poza tym, jeden z chłopców przedszkolu zaczął jej dokuczać na tyle, że zniechęcił ją do przedszkola, więc przez długi czas mieliśmy problem z odprowadzaniem jej do niego. Zgłosiłam to do wychowawczyni, jednak w ripoście usłyszałam wiązankę o tym, czego to moja Maja nie wyrabia. Wyobrażacie to sobie? Idziecie z problemem do wychowawczyni, która powinna się nim zainteresować i starać się go rozwiązać, a zamiast tego słyszycie atak na swoje dziecko. Potem co jakiś czas dowiadywałam się o tym, że występują problemy z zachowaniem córeczki i że w 100% przypadków to ona zaczęła, po czym okazywało się, że prawda leży mocno po środku, bo w połowie przypadków Maja odpowiadała na zaczepki innych, często naśladowała inne dzieci, a jeszcze jedna z sytuacji była zwykłymi wygłupami kilku dziewczynek. Aby nie być gołosłowną, dam przykład jednego ze zgłaszanych problemów – Maja wyjadła na śniadanie całego pomidora, który był przeznaczony dla wszystkich dzieci przy jej stoliku. Oczywiście dorobiła do tego całą filozofię, doszukując się głębszego powodu w jednorazowej sytuacji tego typu. Ponieważ takie wyolbrzymianie zgłaszanych problemów było jednym z kilku moich zastrzeżeń do wychowawczyni, postanowiłam udać się w tej sprawie do dyrekcji. Dziwnym zbiegiem okoliczności, krótko po „wizycie na dywaniku” u mojej Majki zastosowano nową karę, która wywołała mój sprzeciw. Wykorzystałam okazję spotkania z rodzicami, podczas którego poruszyłam ten temat, co mocno nie spodobało się wychowawczyni. Tak mocno, że kolejnego dnia, po zaprowadzeniu Majki do sali, na jedno zadane spokojnie pytanie usłyszałam jej krzyk i wyrzuty za skargę i za to, że poruszyłam temat przy innych rodzicach. Rozmowa potoczyła się bardzo szybko i tak nerwowo, że Maja zapłakana i wtulona w moje nogi powiedziała, że nie chce zostawać tego dnia w przedszkolu, bo Pani na nasz nakrzyczała.

To nie jedyny problem, z którym aktualnie się borykamy, chociaż aktualnie jest tym najważniejszym, bo sprawa wymaga pilnego wyjaśnienia. Pojawiły się też kolejne problemy zdrowotne. Już w październiku zaczął się częsty ból brzucha i wymioty. Padło podejrzenie o alergię, ale trzeba było ustalić, na co, dlatego to tyle trwało i oprócz prowadzenia dzienniczka jadłospisów, musieliśmy zrobić jej testy alergiczne, które mocno przeżywała. Problem był tymczasowy i wystąpił prawdopodobnie w wyniku jednej z infekcji wirusowych, jednak oprócz tego Maja od jesieni łapała każdą możliwą infekcję w przedszkolu, która potem przechodziła na Antka i czasem nas z mężem – raz z Antkiem trafiliśmy do szpitala, chociaż to była infekcja niezwiązana z tymi przyniesionymi z przedszkola. Oczywiście jak Maja nie chodziła do przedszkola, to w większości ja z nią zostawałam, a zatem znowu była nerwówka związana z pracą – z jednej strony musiałam już wrócić do swoich obowiązków zawodowych, z drugiej strony robiłam to w domu, aby być dostępna na każde „żądanie” Antka albo zająć się Mają.

W praktyce moja praca w domu wygląda tak, że ledwo zdążę nadrobić zaległości, a pojawia się kolejna choroba i muszę tę pracę przerywać, co trwa już prawie 5 lat, a na głowie mamy jeszcze kredyt. W tej sytuacji absolutnie nie wyobrażam sobie pracy na etacie, bo zamiast tego byłabym na wiecznym urlopie, ale z drugiej strony nie miałabym do czego wracać, bo w mojej branży miesiąc stania w miejscu = pół roku cofnięcia się z wiedzą i doświadczeniem praktycznym. Ten kilkuletni problem z pogodzeniem pracy z okresami chorób jest dla mnie tym bardziej dołujący, że nie mamy zbytniego wsparcia rodziców. Od zawsze ze wszystkim radziliśmy sobie sami, a ja liczyłam jedynie na pomoc w trudnych chwilach. Dotychczas ta pomoc ograniczała się do zajęcia się Mają przez minimalny czas niezbędny do załatwienia najważniejszych spraw, więc to były naprawdę pilne i szybkie sprawy. Kiedy jednak kilka razy trafiłam do szpitala (nawet na tydzień), mąż musiał sam sobie radzić z córeczką, bo zdaniem mamy „problemy w rodzinie wzmacniają związek” i powinniśmy sobie sami z nimi poradzić. To samo dotyczy wielu innych sytuacji, a mamy takiego pecha, że problemy zdrowotne (jak nie u nas, to u opiekunki) zaczynają się w 90% wtedy, kiedy mamy wyjątkowo intensywny okres w pracy. Z jednej strony boli mnie to, że na pomoc możemy liczyć od święta, a z drugiej strony dziwi brak chęci dziadków do tego, aby utrzymywali bliski kontakt z wnukami. Spotkania się coraz rzadsze, w szczególności w ostatnim okresie, a jeśli już się widzimy, to zazwyczaj dość krótko, nie licząc świąt. A ja tylko widzę u córci smutek, że tak szybko muszą wychodzić albo odmawiają zabrania swojej wnuczki do siebie na noc. Z kolei roczny Antek rozpłakał się ostatnio w rękach babci, bo widzi ją na tyle rzadko, że potraktował ją jak obcą osobę.

Powyższy wpis traktuję jak pewną formę rehabilitacji, bo pozwolił mi wygadać się, wyżalić i to zupełnie anonimowo… no prawie, bo tylko 1-2 osoby wiedzą, czyją historię czytają. Z jednej strony uważam, że sprawy materialne są drugorzędne, ale z drugiej, staram się pracować w obecności dzieci powodując u nich irytację tym, że niby przy nich jestem, a w rzeczywistości nie mogę im poświęcić 100% uwagi. I znowu z jednej strony widzę smutek Majki, kiedy babcia odmawia zabrania jej ze sobą na trochę, a z drugiej – sama nie potrafię jej zapewnić odpowiedniej uwago. Często ubolewam właśnie nad tym, że nie mogę odpuścić sobie niektórych obowiązków w czasie kiedy Maja zostaje w domu, dlatego czuję, że jestem między młotem a kowadłem i nie mogę w 100% poświęcić się ani jednemu, ani drugiemu.

Nie chcę Was zniechęcać do prób podjęcia pracy na własnej działalności. To bardziej przestroga\, aby nie mieć zbyt wysokich oczekiwań od takiej pracy (i od siebie samej) i ostrożnie podejmować się zleceń, bo przy 2 dzieci zawsze coś wypadnie. To z kolei powoduje irytację i niepotrzebny stres – sama widzę, że w takich trudnych okresach sama ze sobą nie mogę wytrzymać, a co dopiero moja rodzina. Niestety, nie mam pomysłu na to, jak sobie z takimi sytuacjami radzić :/

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie publikowany. Wymagane pola oznaczone są: *

CommentLuv badge