Wysypka u dziecka – jak sobie z nią radzić?

Życie to pasmo niekończących się euforii, bolesnych upadków i ciągłego przekonywania się, że egzystowało się w błędzie. Zawsze myślałam, że skoro powszechnie się używa stwierdzenia „skóra gładka jak u niemowlaka”, jest to prawdą, ale niestety zostałam oszukana. Jak pierwszy raz zobaczyłam mojego szkraba, to byłam wniebowzięta. Żeby oddać swój zachwyt nad nim, użyłam tylu pozytywnych przymiotników, że teraz podziwiam samą siebie za taki polot twórczy – „(…) cudny, piękny, prześliczny, miodzio (…)”. Teraz jak oglądam foty z tamtego okresu, nie jestem już tak bezkrytyczna w stosunku do mojej pociechy. Wtedy serce i hormony mną kierowały, a obecnie rozum też ma coś do powiedzenia. Krótko mówiąc moje dziecko nie urodziło się bez mankamentów urody, ale nie wykluczam, że kiedyś może zrobi karierę w modelingu.

Urodzenie dziecka zapewniło mi cudną rolę i pozycję matki, ale także nieoczekiwanie zaczęłam uskuteczniać nową profesję (czytaj – detektyw). Nie znaczy to, że znudził mi się wykonywany zawód urzędnika, ale sytuacja mnie do tego skłoniła, a jednocześnie pozwoliła na realizację marzeń z dzieciństwa i wcielenia się w postać Inspektora Gadżet. Moim celem nie było odnajdywanie złodziejaszków, złoczyńców, ale tropienie „gadów” odpowiedzialnych za pojawianie się okropnych wysypek na ciele mojego niemowlaka.

Pierwsze trzy miesiące życia dziecka traktowałam jako czwarty trymestr, czyli czas na zaaklimatyzowanie się małego człowieka w świecie. Po pierwszym tygodniu mieszkania w swoim domu Zuza była cała w czerwonych krostach. W tej sytuacji nie trzeba zbyt wiele dociekać, żeby się domyślić, że była to wina rodziców, którzy sami w strojach typowo letnich, ubrali dziecko „na cebulę” i dodatkowo przykryli kołderką, żeby „dzieć” nie zmarzł. Nasza dziewczyna na pewno na samym początku nie zaznała uczucia „zimna”, a dogłębnie dowiedziała się co to znaczy „Uff jak gorąco”. Organizm nie potraktował świeżo upieczonych rodziców ulgowo i dał odpowiedź w postaci potówek. Krostki bardzo szybko wyskoczyły, ale niestety równie prędko „nie chciały sobie odejść”. W ruch poszły mikstury apteczne i specyfik wszech czasów – mąka ziemniaczana. Po jakimś czasie skóra naszego dziecka była gładziuteńka, ale nie na długo…

Jako, że lubimy się chwalić swoimi sukcesami (czytaj – córką), zaplanowaliśmy rodzinną sesję zdjęciową. Zaczęłam się zabawiać w kreatorkę mody i szyć małej ubranka konkretnie pod mającą się odbyć akcję fotografowania. Wszystko było już gotowe, gadżety zapakowanie, tata ogolony i wypiękniony, mama wyszykowana niczym panna młoda, tylko córka totalnie nieprzygotowana. Pojawiły się u niej okropne wykwity na skórze, której koloryt z kremowo – różowego zmienił się w bijącą po oczach czerwień. Nieprzyjemne epitety padły z moich ust, bo się naprawdę napracowałam nad tymi strojami, swoim makijażem i skłonieniem męża do pozbycia się zbędnego zarostu, a dodatkowo tzn. na pierwszym miejscu – szkoda mi było smyka. Wiem, że istnieje retusz, ale jak humor zły, to i sesja z góry zatytułowana „brzydkie ujęcia – nie oglądać”.

Zaczęłam dociekać co wyskoczyło mojej pannie. Pani położna stwierdziła, że to trądzik niemowlęcy, pediatra, że pozostałość po moich hormonach utrzymujących się w krwiobiegu córki. Delikatnie mówiąc, nieładnie to wyglądało, a dodatkowo swędziało, bo oprócz krost, na ciałku były też ślady po zadrapaniach. Jako podrobiony Inspektor Gadżet ustaliłam, że mała zaczyna mieć problemy z brzuszkiem. Bywało, że prężyła się, opróżniała zbyt często i niekoniecznie miało „to” zdrową postać. Oprócz śluzowatej zawartości pampersa, pojawił się kolejny problem w postaci ulewania. Mała bardzo dużo „oddawała”, co wyssała ode mnie. Wcześniej się obawiałam, że mam za dużo dla niej ciuszków i większości nie założę, ale myliłam się. Zuzka była przebierana niczym modelka, a dzięki temu nabrałam takiej wprawy w ubieraniu niemowlaków, że żaden suwak, guzik, małe wycięcie nie było mi straszne.

Wierzyłam ekspertom, że to trądzik, potówki, ale sama obstawiałam alergię. Zaczęłam wnikać w swój jadłospis i jego ewentualny wpływ na reakcje u córki. Podkreślam tutaj, że wybrałam mleczną drogę mam, karmiących piersią. Praca detektywa w tym przypadku była długa i żmudna, ale udało się wytropić winowajcę – mleko. Każdy nabiał zjedzony przeze mnie powodował, że moja córeczka miała problemy skórne i brzuszkowe. Było to trudne do wyłapania, bo alergen nie od razu powodował negatywny oddźwięk u mojego ssaka i niestety długo zalegał w organizmie, przez co mieszał długofalowo, długoterminowo i wielopłaszczyznowo. Wizyta u alergologa odbyła się pod hasłem „może tak, a może nie”, tzn. doktor nie zaprzeczył i nie potwierdził uczulenia u Zuzki, bo stwierdził, że na tym etapie testy z krwi są niewiarygodne i pozostaje tylko przejście na dietę bezmleczną i obserwowanie reakcji u dziecka. Dostosowałam się do zaleceń specjalisty i cały nabiał poszedł w odstawkę. Wcześniej jako detektyw szukałam winowajcy wysypek, a teraz zaczęłam się bacznie przyglądać etykietom spożywanych produktów i omijałam szerokim łukiem te, które zawierały białka mleka krowiego. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, że ten mój ukryty wróg (czytaj mleko) czai się praktycznie wszędzie – w ulubionej szyneczce, parówkach, makaronie…

Życie w „ascezie bezmlecznej” (córka cycoholiczka, a matka mlekoholiczka) dało pozytywne rezultaty. Moja dziewczynka odzyskała zdrowy wygląd skóry, brzuszek nie cierpiał i wszystko było w porządku. Gdy tylko pozwoliłam sobie na małą rozpustę w postaci np. kilku łyżeczek jogurtu, od razu było to widać u małej w postaci krostek. W miarę upływu czasu i coraz częstszych próbach spożywania przeze mnie mleka było coraz lepiej. Alergia dawała o sobie znać, ale już w dużo mniejszym stopniu jak wcześniej. Ja nadal karmię piersią, a mój brzdąc tylko sporadycznie ma buzię w kropkach. Jem nabiał, ale nie są to takie uczty, o jakich mi się marzy. Jak na dobre pożegnamy „gada” (czytaj alergię), to opiję się mlekiem…ze dwa litry od razu wleję w siebie, do tego ogromna porcja uwielbianego sernika i lody w polewie czekoladowej…

komentarzy: 1

  1. Magdalena -  29 września 2015 - 17:36

    Krostki, wysypki, plamki…. to coś strasznego! U naszej córci od 2 tygodni zaczęły pojawiać sie czerwone wypryski. Również zabawiłam się w Inspektora Gadżeta 😉 Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że to trądzik. Wczoraj lekarz potwierdził moje przypuszczenia. To dość dziwne, bo trądzik niemowlęcy pojawia się zwykle trochę szybciej (ok. 3 miesiąca). No cóż, będziemy z tym walczyć… Arsenał odpowiednich preparatów juz jest przygotowany 🙂 Cieszę się, że nie jest to alergia na mleko (wychodze z założenia, ze mama karmiąca nie powinna zbyt drastycznie obcinać swojej diety).

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie publikowany. Wymagane pola oznaczone są: *

 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.