Maluch zmobilizuje

W życiu brakuje czasem motywacji do wzięcia się za coś, zrobienia czegoś. Niejednokrotnie wychodzi z nas natura lenia, uskuteczniającego błogie obijanie się przy jednoczesnym udawaniu, że wykonało się kawał dobrej roboty. Ten stan nie trwa jednak wiecznie, bo sytuacja zmienia się diametralnie, gdy pojawia się dziecko. Subiektywne punkty myślenia schodzą na dalszy plan i na piedestale staje „mały wielki człowiek” – dzidziol. Od tego momentu poznajemy cienie i blaski pajdokracji, rządów niedojrzałego, niedoświadczonego, beztroskiego szkraba. Jeśli sami się do czegoś nie zmusiliście, to teraz zrobicie to szybko, wręcz błyskawicznie, jeśli w jakiś sposób ułatwi wam to egzystencję.

Moja córka skłoniła mnie w pierwszej kolejności do odgruzowania prawa jazdy. Uprawnienia zdobyłam, auto kupiłam, sporo jeździłam. Potem byłam wożona i wolałam zalegać na siedzeniu pasażera. Jakoś nie czułam potrzeby zostania mistrzem kierownicy aż pewnego dnia postanowiłam wybrać się do dziadków. Samochód w garażu, mąż w delegacji – tylko brać i jeździć. Miałam sunąć autobusem, ale jak zobaczyłam ile mam rzeczy do zabrania to się przeraziłam. W ogóle rąk by mi zabrakło żeby to wszystko podnieść, a co mówić dojść do przystanku. Zapakowałam cały majdan do naszego krążownika szos, łącznie z Zuzanką i ruszyłyśmy – 130 km do celu, czas 3 godziny – wynik niepowalający, ale jaki rezultat: prawo jazy „aktywowane”.   

Z czym mi się kojarzą zakupy? Czas przeszły – godzinne maratony po galeriach handlowych, przymierzanie ciuchów nawet tych których nie zamierzałam kupić, zaglądanie do butików dla milionerów, przerwa na kawę z ciachem, plotki z koleżankami. Teraz jest tak: wpadam jak błyskawica do konkretnego sklepu, biorę co trzeba, oczywiście bez mierzenia, wnikania w kolor czy fason (ważne, że rozmiar z metki się zgadza), pauza na szybkiego „cyca” albo zmianę pampersa i do domu. Zuza zmotywowała mnie do podejmowania decyzji w okamgnieniu i dzięki niej, a może raczej przez nią wcielam w życie „shopping rachu-ciachu„.

Lubię porządek, ale jakoś nie po drodze mi do uwielbiania czynności, która do niego prowadzi. Kiedyś panował u nas w domu twórczy nieład, czyli skarpetki męża na podłodze, buty nie w szafce ale tuż obok niej, grosiak który wypadł z portfela gdzieś w salonie. Nawet nalot teściowej nie był w stanie zmotywować mnie do uczynienia z naszego gniazdka sterylnego domostwa bez problemu przechodzącego „test białej rękawiczki”. Dopiero raczkujący i wszystko jedzący maluch sprawił, że sprzątaczka to moja kolejna profesja. Zuzanka zjada wszystko, co znajdzie na podłodze (przyrzekam z ręką na sercu, że jej nie głodzę), przygryza, wącha, dotyka (o zgrozo – nawet buty tatusia). Ciągle porządkuję przez te jej dziwne upodobania. Wyobraźcie sobie, że na urodziny zażyczyłam sobie jakże osobisty i intymny prezent – nowy odkurzacz – będzie tylko mój 😉

Kilka lat temu coś mi łupnęło w kręgosłupie. Nie wiem co było tego powodem, ale doszłam do wniosku, że lepiej nie ryzykować i ograniczyć wszelkie wysiłki fizyczne do minimum. Miałam się zapisać na aerobik albo pochodzić z sąsiadką z kijkami, popływać w basenie, pobiegać po lesie, ale przecież „coś” mi się stało i musiałam się oszczędzać. Teraz już się przyznaję, że z moim szkieletem jest wszystko w porządku, a te gruchnięcie to efekt nieznajomości wielkości nowego łóżka i delikatnego zsunięcia się z niego. Ruch polubiłam, a właściwie zostałam do tego zmuszona, jak urodziłam dziecko. Marsz z wózkiem to codzienna procedura niczym poranna toaleta. Czasem się zdarza cwał gdy nieoczekiwanie nadciągną czarne chmury i zacznie coś z nich „pluć”. Parokrotnie były to wyścigi z czasem, żeby zdążyć do domu zanim głodny „dzieć” nie zacznie obwieszczać całemu światu swojego złego nastroju. Moja córka uwielbia być noszona zatem mięśnie pracują, do tego przysiad, który skutecznie ucisza jej „gorzkie i niezwykle głośne żale”. Ostatnio zaczęłam trenować jogging w domu, a właściwie ścigać się z moim raczkującym bąblem, by zdążyć przed nim i uchronić wszystko, co łatwe do zepsucia, stłuczenia, podarcia. Puentując – mój skrzat skłonił mnie do wcielenia w życie dewizy SPORT TO ZDROWIE.

Nigdy nie nazwałabym siebie „bezmózgiem”, ale zdarza się, że wyłączam myślenie i się zawieszam. Nie trwa to długo, bo na etacie u mojej córki nie ma przeciągłych przestojów. Jak już wracam do normalności, to ciągle muszę coś wymyślać żeby zainteresować tego mojego prawie roczniaka. Nie bawią już jej głupie miny, czy robienie „a kuku”, aktualnie trzeba się trochę napocić, żeby zadowolić pannę. Zuzanka ciągle mnie motywuje do rozwijania mojej kreatywności. Wiecie co ja zrobiłam, a czego wcześniej się po sobie nie spodziewałam? A to piłka z gazet, domek z pudełka po butach, maskotka ze starego swetra… Zabawki mojego autorstwa może nie wyglądają pięknie, ale niewątpliwie dla córki są cacy.

Pojawienie się dziecka bardzo mnie zmieniło i dało solidnego kopniaka, żeby się ruszyć i bez żadnych jęków i narzekania coś zrobić. Mało tego, ta mała istota wpłynęła na mojego, niezwykle upartego męża. On z tych niby twardych i nie dających sobie wejść na głowę… Zuzanna „przestylizowała” jego spojrzenie na świat i co najśmieszniejsze zachęciła go do regularnego golenia się. Wcześniej było tak: zarośnięty tata całujący swoje dziecko = podrapany brzdąc, a teraz ojczulek bez zarostu = gładki dzidziol. Mój mężulek z racji na wścibstwo naszego dziecka (wszędzie wkłada swoje rączki) poprzykręcał wszystkie gniazdka, poprzyklejał listwy, pochował kable. Wracam kiedyś do domu ze spaceru a tu takie czary-mary – dwa lata biedaczek zwlekał aż w końcu „nabrał wiatru w żagle” i zrobił coś, co od dawna na niego patrzyło i wołało: „napraw mnie”. Teraz sobie tak myślę, do czego jeszcze skłonić moją drugą połowę za pośrednictwem córki, bo mnie nie posłucha… o wiem… jutro Zuza zaraz po śniadaniu porobi tłuste kleksy na żółtej ścianie w przedpokoju i będzie malowanie 😉

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie publikowany. Wymagane pola oznaczone są: *

 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.