Laboga! Kiedyś to takich cudów nie było – wyznania babci

Powieje trochę archaicznością i nastąpi zderzenie z nowoczesnością. Śmiać mi się chce jak babcie reagują na niektóre „dzieciowe – ułatwiacze” – „A co to? Kiedyś to takich dziwactw nie było”. Czasy się zmieniają, technika postępuje i jakże szybko przyzwyczajamy się do dobrego. Moja mama postanowiła mnie przetestować z przygotowania do roli współczesnej Matki Polki, działającej na starym sprzęcie. Ciężkie to zadanie i chyba sprawniej mi poszło zdanie egzaminu na prawo jazdy. Podkreślę, że nie miałam żadnego koła ratunkowego, nawet „wujka Google”.

ZADANIE 1 – PRZEWIŃ

Narzędzia do dyspozycji: pielucha tetrowa x 2, ceratka

Podwójna ilość tetrówek wywołała u mnie konsternację. Myślałam i myślałam, Zuza przy okazji zrobiła siku na przewijak i już nawet byłam skora wydedukować, że jedna jest zapasowa na przypadek takich wpadek, ale oświeciło mnie – kiedyś byłam na warsztatach „eko mam” i tam coś było o tym – jedna pieluszka w trójkąt, druga w prostokąt. Jakoś owinęłam pupencję mojej dziewczyny tymi tetrami, na to ceratka i „bingo”. Estetyka na notę dostateczną, funkcjonalność na dopuszczającą, a ostateczna moja ocena: WOLĘ PAPMEPSY!

ZADANIE 2 – UBIERZ DZIECKO TAK, ŻEBY SZKRAB GOŁYMI PLECAMI NIE ŚWIECIŁ

Narzędzia: półśpiochy, kaftanik

Dodać tutaj muszę, że garderobę, jaką dostałam do dyspozycji była w rozmiarze adekwatnym do wielkości pociechy. Gdyby koszuleczka czy spodenki były choć o jeden numer większe, to zawsze można by było górną część odzienia opuścić maksymalnie w dół i wcisnąć w pieluchę, a portasy podciągnąć pod pachy i byłoby po sprawie, ale żadnych nadprogramowych centymetrów materiału nie miałam. Już się rozglądałam za jakąś igłą i nicią, żeby zszyć to i owo i jakiś artystyczny haft zapodać, ale jury czuwało. Gdy mała leżała to było ok, ale jak do aktywności przeszła, to już kaftan w górę, ciałko na wierzchu. Nauka z tej lekcji: KOCHAM BODZIAKI!

ZADANIE 3 – POJEDŹ Z DZIDZIOLEM GDZIEŚ…GDZIEKOLWIEK

Narzędzia: samochód, ewentualnie autobus

Sprawdzam obecność: mistrz kierownicy czyli JA – obecny, pasażer czyli Zuzol – obecny, środek transportu czyli nasza fura – obecny, tron dla dzieciaczka – brak. A że niby gdzie mój roczniak ma siedzieć? Fotelika nie mam na stanie, autobusem…hmm… za daleko, ciężko tak dźwigać i małą, i jakiś bagaż. Oblałam ten egzamin w przedbiegach. Teraz jak sobie pomyślę jak kiedyś przewożono dzieci w autach, to aż strach – szkrab na kolanach albo na rękach u dorosłego. Całe szczęście sprawy bezpieczeństwa mocno poszły do przodu i teraz nie ma mowy o jeździe bez fotelika dla malucha.

Wystarczy tego egzaminowania, bo się tylko kompromituję. Wolę posłuchać wywodów mamy i babci o ich macierzyństwie i jakie to one dzielne rodzicielki były bez tych współczesnych dobrodziejstw. Wcale nie jest mi głupio, bo skoro towar dostępny, to czemu mam nie korzystać?

Teraz możemy przebierać w butelkach do karmienia – plastikowe, aktywne ssanie, samosterylizujące… Kiedyś produkowano tylko szklane i te większe objętościowo, do tego standardowy żółty, kauczukowy smoczek z jedną dziurką, a jak się chciało lepszego przepływu, to nożyczki w dłoń i ostre cięcie uskuteczniano. Jak latorośl osiągnęła wiek adekwatny do rozszerzenia diety wtedy kolana rodzica robiły za krzesło do karmienia. Do tego dochodziła opcja gimnastyki – podwyższenie dziecka = wyprost mamy, obniżenie = pozycja kucania.

Laktator??? To już za wysokie progi jak na PRL-owskie nogi. Może dlatego tak szybko zaczynało się wtedy podawać stałe posiłki?

Zabawki były, ale zazwyczaj własnej roboty – perkusja z garnków, samochód wystrugany z drewna przez zdolnego dziadka, wiatrak z papieru. W większości domów był konik na biegunach, piesek – kiwaczka (potem lądował w samochodzie), wańka – wstańka i bączek. Bajki się oglądało – „Czerwony kapturek”, „Calineczka”, „Przygody koziołka Matołka”, gasiło się światło, uruchamiało rzutnik, wąchało zapach nagrzanej taśmy celuloidowej i słuchało mamy czy starszej siostry odczytującej teksty pod kolejnymi wyświetlanymi. Potem to już magnetowidy były, video, dvd. Babcia stwierdziła „Teraz to są straszydła, a nie bajki”.

Moja mama doszła do wniosku, że dawne bety do wózka przeszły tylko niewielki lifting i stały się śpiworkami. O właśnie pojazd dla dziecka to dopiero historia! To były takie ceratowe miski na metalowym szkielecie według babci. Mój brat miał bolid w kolorze granatowym z falbanką w budce (podobno ciocia Ania bardzo tej ceratowej ozdoby zazdrościła). Moja spacerówka w odcieniu ognistej czerwieni posiadała regulację oparcia na 5 haczyków, podnóżek i była bez budy! O rety! A gdzie amortyzacja, uchwyt na bidon, folia przeciwdeszczowa?

Tak to kiedyś było… Teraz jest łatwiej, inaczej jak wtedy, gdy my byliśmy dziećmi. Nasze pociechy pewnie będą się śmiać z obecnych wynalazków – leżaczek – bujaczek, nosidło, frida a co to?

Pamiętajmy, że w życiu wszystko się zmienia, ale pozostają zawsze miłe (niemiłe) wspomnienia…

komentarze 2

  1. Kornelia -  16 listopada 2015 - 22:36

    Taaak, moja mama mówi to samo, jak przychodzi do nas i widzi pełno gadżetów Zośki xD

  2. selenan -  16 grudnia 2015 - 07:11

    Inne pokolenie 🙂

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie publikowany. Wymagane pola oznaczone są: *

CommentLuv badge