Karmiłam przez łzy… i dałam radę

Dzidziol pojawiający się w naszym życiu to cud narodzin, ale też małe stworzenie, które całkowicie nas zmienia i zapewnia metamorfozę. Nie ma już innej opcji, jak podporządkowywanie swojego rytmu pod zachcianki (czytaj: darcie się) małego królewicza, czy królewny. Ja zostałam obdarzona cudowną istotą, jaką jest Zuza. Od samego początku wiedziałam, że chcę karmić piersią i całe szczęście córka też tego pragnęła. Na samym początku zgodziła się ze mną, a ciekawe czy potem będzie taka posłuszna i słuchała mądrych rad rodziców…

Nie mogę napisać, że od samego startu było sielsko i anielsko, bo mój debiut „matki karmiącej” był trudny. Wszystkie warunki zostały spełnione – dziecko ssące, mamusia chcąca, mleko zmagazynowane, tylko brodawki nawaliły. Mój ssak doprowadził je do zatrważającego stanu. Zawartość mojego biustonosza, to był prawdziwy Armagedon, a wizja na poprawę zaistniałej sytuacji odległa. Bolało i to strasznie, to było karmienie przez łzy. Dziecko płaczące z niewiadomych powodów, bo przecież nie dano nam do niego instrukcji obsługi, matka rozdrażniona przez obolałe piersi. W końcu do akcji wkroczył mój mąż z odsieczą w postaci nakładek i laktatora. Z perspektywy czasu zastanawiam się czemu nie skombinował sztucznych „zderzaków” dla Zuzanki, ale ważne, że się starał. Nasza pociecha postawiła na styl „eko” i silikonowi mówiła stanowczo „nie”. Szło pod górę, ale ostatecznie rany się zagoiły i w końcu mogłam się cieszyć z bliskości z dzieckiem podczas naszego mlecznego „tankowania”. Rehabilitacja trochę trwała, ale „szczęśliwi czasu nie liczą”, a ja naprawdę kocham ten stan – macierzyństwo – lubię to!

Zuzanna okazała się być strasznym „cycoholikiem”, jadła często, ale nieduże ilości. Babcia się śmiała, że wnuczka poszła w jej ślady – typ przekąsza, podjadacza. Kontakt z piersią zaspokajał głód mojej panny, także potrzebę bliskości, a dodatkowo miałam wykupiony u niej karnet na darmowy masaż biustu. Wspólnie połączyłyśmy przyjemne z pożytecznym. Przez pierwsze cztery miesiące jej życia byłyśmy praktycznie nierozłączne – karmienie co 1, 2 godziny. Potem sytuacja się zmieniała, bo mała zaczęła dostrzegać rzeczy inne niż biust matki, który nie był już tak dla niej atrakcyjny. Nie miała już tyle czasu, żeby konsumować, bo musiała pogryźć misia, rzucić pilotem, podreptać na balkon. Teraz ma dziesięć miesięcy i nadal jej ulubionym posiłkiem jest moje mleko. Podczas karmienia zachowuje się jak akrobatka – pupa w górze, jedna noga na moim brzuchu, druga dosięga głowy. Muszę popracować nad jej rączką    i skierować ją na inne tory, bo wyrywa mi włosy, które i tak są w opłakanym stanie i ściąga kolczyki, które chyba muszę zacząć zdejmować, jeśli chcę mieć uszy w całości. Zuzka ma sześć zębów i ku mojemu zdziwieniu szanuje mnie, a raczej swoją „jadłodajnię” i nie gryzie brodawek, choć moich ud i stóp nie oszczędza.

Karmienie piersią w moim przypadku kojarzy się z pozytywnymi aspektami, bo nie muszę przygotowywać butelek, mam jedzenie dla córki w każdym miejscu i o każdej porze. Zuzanna czasami zachowuje się egoistycznie i domaga się „papu” w nieodpowiednich momentach, ale cóż „jaka matka, taka córka” – jestem nieidealna, mam nieidealne dziecko i dobrze mi z tym. Lubię leżeć z moim szkrabem, tulić się, a dodatkowo sprawdza się to podczas wizyt niechcianych gości – mąż ich zabawia, a ja przecież muszę nakarmić dziecko w sypialni w ciszy i spokoju… Przyznam się, że czasem zasypiam z małą i zdarza się, że szybciej ja, a nie ona. Moja garderoba znacznie się pomniejszyła, bo wybieram teraz same wydekoltowane rzeczy, a jeśli się zapomnę i założę coś innego, to Zuza powyciąga co trzeba. Nie wiem kiedy nastąpi kres naszej mlecznej drogi, ale mam cichą nadzieję na „happy end” bez łez, chyba, że ze szczęścia…

komentarze 2

  1. Iwona -  31 sierpnia 2015 - 13:08

    Podziwiam cię szczerze za takie poświęcenie. Ja z pewnością bym nie dała rady. Wiem, że wiele osób może mnie tutaj za to krytykować, ale mnie już życie nauczyło pokory i uważam, że każdy ma prawo wyboru. To nie jest tak, że jestem wygodna, ale wolę najlepsze rozwiązania, które sprawdzają się w krótkim czasie. Być może okazałoby się, że butelka nie rozwiązuje problemu, ale pewnie bym szybko z niej skorzystała.

  2. Anika -  2 września 2015 - 21:30

    jakbym czytała o sobie
    u mnie jeszcze bonus w postaci szczypania;)
    od razu mi lepiej

Napisz komentarz

Adres e-mail nie będzie publikowany. Wymagane pola oznaczone są: *

 

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.